Na tą wyprawę pojechałem przypadkowo. Od początku do niej zachęcał mnie Arek, ale wiedziałem że szanse wyjazdu na Krym były dla mnie minimalne.Po pierwsze nie miałem funduszy, a po drugie nie widziałem sensu wyjazdu tak daleko w góry, jak tak naprawdę nie przeszedłem jeszcze polskich.
Dopiero po zapoznaniu się z planem wyprawy nabrałem zainteresowania tym przedsięwzięciem i postanowiłem pojechać.
Cała ten wyjazd był wspaniały i nie przywiozłem z Krymu żadnego niemiłego wspomnienia. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam powrócę i przeżyję to jeszcze raz.

O podróży słów kilka...

Wyruszyliśmy 28 lipca. W celu zaoszczędzenia pieniędzy na Krym jechaliśmy z wieloma przesiadkami. Po dojechaniu do Przemyśla przesiedliśmy się w ukraiński autobus, który "cudem" dowiózł nas na noc do Lwowa. Połączenie nocne z Simferopolem (tj. główne miasto komunikacyjne na Krymie) było skasowane i zmuszeni byliśmy do złapania noclegu we Lwowie. Dalszą podróż wznowiliśmy następnego dnia rano. Ta 28 godzinna podróż chyba na zawsze pozostania w pamięci każdego z jej członków. 30 lipca około godziny 8 dotarliśmy do celu- brudni, niewyspani, z wieloma dolegliwościami, ale zadowoleni, że tu jesteśmy. Po trzech tygodniach odpoczynku (może lepiej nazywać rzeczy po imieniu tj. po trzech tygodniach monotonnego odwiedzania wielu "ciekawych" miejsc takich jak muzea, starożytne miasta, porty, stare miasta, kina) postanowiliśmy wrócić do kraju, za którym prawie cała nasza paczka tęskniła. Powrót nie zapowiadał się tak przyjemnie jak przejazd. Po pierwsze z powodów oszczędnościowych (to jest oficjalna wersja) zmieniliśmy klasę pociągu z "płackarty" na "obszczyj". Dla niezorientowanych i nie bojących się mocnych wrażeń proponuję zajrzeć do galerii zdjęć, a następnie odwiedzenie Krymu właśnie taką klasą. Po drugie podróż z niecałych dwóch dni wydłużyła się do czterech, gdyż nie mogliśmy już złapać bezpośredniego połączenia Simferopol-Lwów, dlatego najpierw wyruszyliśmy do Odessy, w celu zobaczenia "tych schodów". Po całym dniu "zwiedzania" z ledwością dostaliśmy się do pociągu, który dowiózł nas do Chmielnickiego (jest to miejscowość leżąca 200 kilometrów od Lwowa). Stamtąd był już tylko rzut kamieniem do Lwowa, oczywiście "obszczyjem". Część ekipy tzw. Organizacja zrzutowa postanowiła pozwiedzać jeszcze Lwów i dopiero następnego dnia w południe wyruszyła elektryczką do Rawy Ruskiej, w celu złapania pociągu do Polski. Polecam tą trasę tylko tym co nie mają za dużo pieniędzy na podróżowanie oraz tym co lubią oglądać programy o przemycie.

 

Dobre rady...

Na taką podróż najlepiej nie zabierać drogich rzeczy. Po pierwsze mogą się zawieruszyć w przechowalni bagażu, a po drugie mogą się popsuć. Dobrą rzeczą jest wzięcie namiotu, najlepiej w miarę lekkiego, kilkuosobowego i rozparcelowanie go na parę osób. Pieniędzy nie należy trzymać w jednym miejscu, a na pewno nie z paszportem. Co się tyczy paszportu. Każdy powinien na wszelki wypadek wziąć ze sobą kopię tego dokumentu. Wspomnę jeszcze o jednej sprawie dotyczącej paszportu: za każdym razem jak kupujecie bilet kolejowy na dłuższą trasę pani w kasie będzie prosiła Was o ten dokument.
Prawie na całym Krymie można swobodnie złapać jakiegoś operatora sieci komórkowych, więc komórka może się przydać, ale trochę waży.
Wybierając się w góry należy zaopatrzyć się w bardzo dokładną mapę terenu (najlepiej 50-tkę) i odnosić się do mapy bardzo tolerancyjnie, gdyż mapy jakie tam kupicie często nie oddają 100% np. lesistości terenu. Obowiązkową rzeczą w góry jest kompas oraz dobra latarka. Zwracam tutaj uwagę na to, że w tamtych górach pojęcie szlaków jest nieznane. Jesteście tam skazani tylko na własną intuicję. Nie wierzcie również za bardzo czasom tras w polskich przewodnikach, gdyż my trasę 12 godzinną szarżowaliśmy przez 3 dni od świtu do nocy. Przypominam również jeszcze o jednej smutnej rzeczy, dotyczącej wody w górach: jej tam po prostu nie ma, więc trzeba całą wodę jak również jedzenie nosić na sobie, ale warto.